środa, 11 grudnia 2013

DigitalSimplyWorld - "Utopia"

Muzyki elektronicznej słucham już niemal od trzydziestu lat. W tym czasie wiele kompozycji dotarło do mego ucha, poznałem twórczość niezliczonych artystów i zebrałem całkiem sporą wiedzę o tym gatunku muzycznym. Ubolewam jednak niezmiennie nad tym, że wyżej wymieniony termin jest nadużywany przez „znawców” muzyki, którzy chcąc się popisać swoją elokwencją, często okazują się ignorantami (choć pewnie sami o tym nie wiedzą). Takie mamy czasy. Łatwo jest coś powiedzieć lub opisać szybko, niedokładnie, bez zastanowienia i poznania źródeł. Ważne, aby być przed innymi „publicystami”. Nie jest to dziwne w dobie wszechogarniającej muzycznej popeliny i medialnego pędu, ale denerwuje. Z tego „szumu informacyjnego” trudno jest wyłuskać coś godnego zainteresowania i wysłuchania.





















Wielu „artystów” muzyków dwoi się i troi w celu uzyskania popularności. Często przy tym podpierają się też terminem „muzyka elektroniczna” jakby to było jakieś panaceum na odpowiednie wylansowanie ich twórczości. Twórczości, która pozostawia wiele do życzenia. Przenosząc niejako z innego obszaru sztuki pewne powiedzenie „to nie aparat robi zdjęcia”, można powiedzieć, że w muzyce jest podobnie. Instrumenty to tylko narzędzie, które trzeba poznać i umiejętnie wykorzystać. Większości młodych twórców to się nie udaje. Mając to na względzie dziwne jest, że przebijają się do ogółu odbiorców. Kwestia poparcia odpowiednich gremiów? Być może. Jest to jednak temat na inny artykuł.

W Polsce jest obecna całkiem spora grupa ambitnych twórców. Twórców, których dokonań trzeba szukać na różne sposoby, bo nie przebiją się zbyt mocno do ogółu odbiorców. Za to muzyka jaką proponują zadowoli niejednego słuchacza i to nie tylko gustującego w dźwiękach generowanych sztucznie. Jeszcze całkiem niedawno tacy artyści wypalali płyty CD-R i rozprowadzali swoimi kanałami. Aktualnie króluje internet. I dobrze. Jednym z takich kompozytorów publikujących głównie w sieci jest artysta ukrywający się pod pseudonimem DigitalSimplyWorld. To polski artysta, który eksploruje obszary muzyki elektronicznej zwane ambientem. Jest muzykiem płodnym, a jego dokonania są dostępne gratis. Zapewne niejeden słuchacz pomyśli, że skoro gratis, to nie warte uwagi. Nic bardziej mylnego. Kolejne albumy i zawarte na nich kompozycje są coraz lepiej dopracowane, a ich warstwa instrumentalno-nastrojowa zadowoli nawet wybrednego miłośnika nie tylko klasycznego ambientu.

Utopia nie jest pierwszą płytą w dorobku DSW. Jednak to pierwszy album artysty, który postanowiłem opisać. Zawartość nie należy do rewolucyjnych. Tutaj ważną rolę odgrywa nastrój, a ten jest budowany nienagannie i konsekwentnie mimo dość krótkich kompozycji (w odróżnieniu od większości dokonań z ambientowego kręgu). I nie zrażajmy się dysharmonicznym otwarciem. Charakterystyczny dla gros kompozycji zawartych na płycie jest ich hipnotyczny rytm. Rytm nienachalny i niezbyt szybki. Rytm, który nie wybija się szczególnie spośród innych barw. Jednak bardzo ważny dla tworzonego, niepowtarzalnego klimatu tajemnicy pomieszanego z melancholią. Według mnie właśnie ten nastrój jest największym atutem płyty. Prawdopodobnie Utopia urzekła mnie właśnie z tego powodu. 

Autor ma w swoim dorobku płyty, i ciekawsze, i lepsze. Z muzyką jest jednak tak, że nie wiadomo kiedy i jaka zagra na strunach duszy. Kompozycje DSW umieszczone na Utopii poruszyły mnie do tego stopnia, że zmontowałem nawet mały klip do jednego z utworów. Może to też wina panującej za oknem jesienno-zimowej aury? Któż to wie.




Grzegorz Cezary Skwarliński ©
 
DigitalSimplyWorld
Utopia
listopad 2013
http://digitalsimplyworld.bandcamp.com/album/utopia

wtorek, 26 listopada 2013

Andrzej Sapkowski - „Sezon burz”

Wiedźmin Geralt wrósł w kulturę popularną i zbiorową świadomość dość mocno. Większość miłośników fantastyki kojarzy tę postać z filmem (niezbyt udanym), grami komputerowymi (okazały się hitem eksportowym) i oczywiście szeregiem powieści. Wszystko jednak zaczęło się od serii opowiadań publikowanych jeszcze w latach 80-tych XX wieku.


Z białowłosym mutantem, wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego, miałem po raz pierwszy styczność ponad dwadzieścia lat temu. Okazją była publikacja pierwszego opowiadania w miesięczniku Fantastyka w 1986. Opowiadanie to (jak i kolejne) było dość ciekawe i zajmujące, ale bohater specjalizujący się w tropieniu i likwidowaniu potworów wszelkiej maści nieszczególnie przypadł mi do gustu. Między innymi dlatego nie zainteresowały mnie bliżej powstałe później zbiory opowiadań jak i cykl powieści Saga o wiedźminie.

Lata jednak mijają, a człowiek się zmienia. Muszę przyznać, że po Sezon burz sięgnąłem tylko dlatego, że dostał mi się w prezencie. Jeszcze zanim rozpocząłem lekturę dowiedziałem się z internetu, że powieść jest nieco wyrwana z kontekstu. Dlaczego? Przygody wiedźmina zakończyły się kilka lat temu, a tu niespodziewany powrót. Ku uciesze entuzjastów. Ja byłem sceptyczny.

Książkę można z powodzeniem zaliczyć do literatury rozrywkowej. Tej dobrej literatury. Trochę tu grozy, trochę humoru (sposób na depresję przedstawiony przez Jaskiera rozbawi niejednego czytelnika), garść intryg i całkiem duża grupa barwnych postaci. Miłośnicy Geralta i prozy Sapkowskiego pewnie będą zachwyceni mimo pewnych niedociągnięć. Mnie nieco uderzyło wrażenie, że powieść jest zlepkiem (trzeba przyznać, że umiejętnym) kilku opowiadań połączonych motywem skradzionych wiedźmińskich mieczy. Niektóre fragmenty wydawały mi się już skądś znane, ale przedstawione w innej perspektywie. Warsztat literacki autora jest jednak sprawny i całość wypada nadspodziewanie dobrze. Jak dla mnie Sezon burz to lektura dla odprężenia. Niesie jednak ze sobą ciekawe przesłanie. Wszystko jest iluzją. Dosłownie wszystko. W umysłach wielu czytelników pojawi się pewnie pytanie czy przypadkiem nasza rzeczywistość też nie jest iluzją. Niektórzy pisarze z kręgu fantastyki byli o tym niezbicie przekonani.

Na zakończenie mała refleksja. Supernowa wydała książkę, ale o e-booku zapomniała (a może to taki zabieg marketingowy?). Moim zdaniem wydawnictwo strzeliło sobie niejako w stopę nie wydając wraz z książką jej wersji elektronicznej. E-booki zdobywają coraz większą popularność a rzesza czytelników preferujących ten typ dystrybucji stale i szybko rośnie. Rynek nie znosi pustki i w internecie pojawiły się pirackie wersje elektroniczne. Oburzenie wydawnictwa jest zrozumiałe, ale można było temu po części zapobiec. Mając na uwadze wielkość sprzedaży poprzednich wydawnictw z wiedźminem decyzja jest co najmniej dziwna. Nie ukrywam, że gdyby nie fakt otrzymania książki w prezencie nie skusiłbym się na jej zakup. W przypadku e-booka prawdopodobnie bym go nabył przy okazji jakiejś promocji.



Grzegorz Cezary Skwarliński ©

P.S.
Kiedy pisałem powyższe słowa nie było mi wiadome, że jednak wydawnictwo zdecydowało się wydać wersję elektroniczną książki. Czyżby opisane wyżej zamieszanie zmieniło nastawienie Supernowej? Bardzo możliwe. E-book ujrzał światło dzienne 05.12.2013. Opatrzony został tytułem Sezon burz. Edycja rozszerzona.

Andrzej Sapkowski
Sezon burz
Supernowa 2013
str. 404


niedziela, 24 listopada 2013

Dmitry Glukhovsky - „Metro 2033”

W literaturze z kręgu szeroko pojętej fantastyki zaczytywałem się od wczesnej młodości. Poznałem dzięki temu wiele wizji. Wizji czasami wybitnych, często dobrych, ale też takich sobie i nie wartych poświęconego im czasu. Niewiele powieści (i to niezależnie od prezentowanego gatunku fantastyki) jest w stanie mnie zaskoczyć. Jeśli już to raczej negatywnie. Dlatego też ze sceptycyzmem przystępowałem do lektury Metra 2033. Zachwyty wyrażane przez sporą grupę czytelników, którzy postanowili podzielić się swoimi odczuciami w internecie, dodatkowo wzbudzały we w mnie swoistą rezerwę. 


 

Moskiewskie metro to wielka sieć kolei podziemnej z ponad 300 kilometrami linii i 190 stacjami (dane z 2005). Tunele częściowo skonstruowane w taki sposób aby mogły służyć za wielki schron przeciwatomowy. Kompleks nie jest pozbawiony tajemnic. Trudno dostać się postronnym osobom do innych miejsc niż stacje, a niepotwierdzone istnienie tzw. Metra-2 wzbudza dodatkowe emocje. Dmitrij Głuchowski żywo interesował się tą tematyką. Nie jest więc szczególnie dziwne, że wykorzystał metro w swojej postapokaliptycznej wizji przyszłości. Do zapoznania się z książką bardziej przekonała mnie narodowość autora niż tematyka w niej ujęta. Do dziś mam w pamięci (często niezwykłe i w pewnym sensie pionierskie) dokonania braci Strugackich na polu fantastyki. Postanowiłem więc zapoznać się z tym, co prezentuje obecne pokolenie rosyjskojęzycznych pisarzy. Nie ukrywam, że liczyłem na zbliżone klimaty. I muszę przyznać, że nie zawiodłem się.

Metro 2033 to powieść, którą (wzorem pewnego gatunku filmowego) można uznać za powieść drogi. Wędrówka głównego bohatera odbywa się po ograniczonej przestrzeni moskiewskiego metra (i częściowo, zniszczonymi ulicami Moskwy). Jednak nie tylko o fizyczną podróż (i misję do wypełnienia) tu chodzi. Niemniej ważna jest wędrówka wewnętrzna. Stopniowe poznawanie poszczególnych stacji, życia ludzi na nich zamieszkujących, mrocznych tuneli i mikrospołeczności zanurzonych w przerażającej rzeczywistości kształtuje charakter młodego bohatera. Nie obywa się bez grozy rodem z horrorów (popromienne potwory, zmutowana „broń bakteriologiczna”) i zagadkowego mistycyzmu. Obraz społeczeństwa po katastrofie nuklearnej jaki autor przedstawia czytelnikom jest plastyczny i stosunkowo przekonujący. Niestety nagromadzenie wątków może przytłoczyć (niektóre z nich nie są kontynuowane) a nawet przyprawić o zamęt. Czytać więc trzeba z uwagą aby się nie pogubić i w pełni docenić wizję pisarza.

Mimo pewnych mankamentów historia wymyślona przez Głuchowskiego zdobyła dużą popularność wśród czytelników. Na tyle dużą, że autor postanowił uruchomić projekt literacki pn. Uniwersum Metro 2033. W projekcie mogą (mogli) wziąć udział pisarze różnych narodowości, którzy akcje swoich postapokaliptycznych historii umieściliby w świecie „metra” (niekoniecznie w Moskwie). Do dnia, w którym piszę te słowa powstało kilkadziesiąt książek we wspomnianym przedsięwzięciu (nie wszystkie zostały przełożone na język polski). Czy warto poświęcać czas tym publikacjom? Kto chce niech czyta. Z pewnością znajdą się entuzjaści. Dla mnie jednak takie działanie to wątpliwej jakości „odcinanie kuponów” od popularności oryginału. Kolejne odsłony nie przyniosą raczej zaskoczenia. Stawiam bardziej na znużenie. Szczególnie, że sam autor pokusił się o coś w guście dalszego ciągu pt. Metro 2034, które notabene jest gorsze od pierwowzoru. O tym jednak przy innej okazji.


Grzegorz Cezary Skwarliński © 

P.S.
Powieść była także inspiracją do powstania kilku gier komputerowych


Dmitrij Głuchowski
Metro 2033
Insignis 2010
str. 592



sobota, 9 listopada 2013

Mira Grant - „Przegląd końca świata: Feed”

Tytuł tej książki może być dla niektórych czytelników mylący. Czyżby kolejna publikacja z niekończącego się cyklu „kiedy i jaki koniec świata czeka ludzkość”? Nie, to opowieść o zombie. Wspomniane potwory rodem z poślednich filmów grozy odgrywają tutaj jednak zupełnie inną rolę niż mogłoby się wydawać.




Akcja powieści dzieje się w bliskiej przyszłości na terenie Stanów Zjednoczonych, a raczej tego co z nich zostało. Zombie występujący w książce nie są głównymi bohaterami. To element tworzący atmosferę zagrożenia. Zagrożenia, które determinuje życie ludzkości i kształtuje stosunki społeczne. Wbrew pozorom z typowym horrorem ma to niewiele wspólnego. Żywym trupem może zostać każdy (zarówno człowiek jak i zwierzę o ile osiągnie określoną, niezbyt dużą, masę ciała) z powodu pewnego wirusa, który w przeszłości został uwolniony z laboratorium (jest to stopniowo wyjaśnione w powieści). Każdy jest nosicielem patogenu, ale ulega on uaktywnieniu dopiero po śmierci (są pewne wyjątki). Cywilizacja się jakoś dostosowała. Zmiany jednak są znaczące. Ludzie są mniej mobilni, raczej niechętnie przebywają na zewnątrz pomieszczeń. Częste kontrole krwi nie należą do przyjemności (według mnie ten element wypada mało wiarygodnie, kontrole są tak nagminne, że wszyscy powinni być opuchnięci od częstego kłucia igłami). Jednak człowiek to istota społeczna. Ma w sobie potrzebę komunikowania się. Tę potrzebę zaspokajają w głównej mierze blogi. I właśnie blogosfera jest w tej opowieści najważniejsza.

Głównymi bohaterami jest trójka młodych ludzi tworząca grupę blogerów (magazyn blogowy) pod nazwą Przegląd końca świata. Blogosfera opisana w powieści jest jednak zupełnie inna niż moglibyśmy się spodziewać. Królują statystyki, czat zanikł, dominują fora dyskusyjne i videoblogi. Blogerzy dzielą się na coś w rodzaju klas, zależnie od tego jaką tematyką się zajmują. Tak popularne obecnie w świecie rzeczywistym blogi modowe zupełnie nie istnieją. Niemal wszyscy zajmują się tematem zombie lub czymś z nimi powiązanym. Grupa bohaterów wyróżnia się tym spośród innych blogerów, że zostaje wybrana jako niezależny zespół dziennikarski do relacjonowania kampanii prezydenckiej jednego z kandydatów. To główny wątek tej powieści. Wątek wbrew pozorom zajmujący i trzymający w napięciu. Akcja niemal nie zwalnia. Momentami można się poczuć jak w wagoniku kolejki górskiej, tak szybko następują po sobie wydarzenia. „Wtręty” w postaci blogowych wpisów bohaterów pozwalają zaś bliżej poznać niecodzienny świat przyszłości wypełniony niesłabnącym zagrożeniem. 

Dość nietypowa tematyka i odmienne wykorzystanie zombie czyni z tej powieści ciekawy thriller społeczno-polityczny. O wiele ciekawszy niż większość pozycji z tego gatunku jakie można obecnie znaleźć na rynku. Jak potoczyły się losy opisywanych postaci? Tego nie zdradzę. Powiem tylko, że zakończenie zaskoczy niejednego czytelnika.

Spotkałem się z opinią, że Przegląd końca świata: Feed jest powieścią dla młodzieży. Owszem, tak można sądzić po młodym wieku bohaterów. Nie są to jednak nastolatkowie, ale ludzie dwudziestokilkuletni, więc wspomniana opinia jest trochę myląca. Starsi czytelnicy, szczególnie tacy, dla których internet i blogi to „czarna magia”, niezbyt wiele zrozumieją z historii jaką opowiada autorka. Mogą być nawet rozczarowani. Jeśli chodzi o resztę odbiorców to rzecz gustu. Osobiście byłem mile zaskoczony. Mimo, że za zombie nie przepadam.


Grzegorz Cezary Skwarliński ©


Mira Grant 
Przegląd końca świata. Feed
Wydawnictwo SQN 2012 
str.496


niedziela, 6 października 2013

Leonie Swann - „Sprawiedliwość owiec”

Leonie Swann to pseudonim niemieckiej autorki kryminałów. Studiowała filozofię, psychologię i literaturę angielską w Monachium. 
 

 



















Do kryminałów mam stosunek dość ambiwalentny. Z jednej strony nie szukam nowych pozycji i nie odwiedzam księgarni (także tych internetowych) w celu znalezienia jakiś interesujących tytułów. Z drugiej strony, kiedy jakimś sposobem trafi do mnie książka o kryminalnej tematyce, czytam. Czasami z zainteresowaniem, czasami nie dochodzę do końca. Książka Sprawiedliwość owiec zwróciła moją uwagę nie tylko enigmatyczną, oszczędną okładką ale też zachęcającym tekstem umieszczonym na niej. „Filozoficzna powieść kryminalna”. A cóż to takiego? Postanowiłem sprawdzić.

Jak na prawdziwy kryminał przystało powieść zaczyna się od znalezienia trupa. Ciało przebite szpadlem odkrywają na swojej łące owce tam się pasące. Okazuje się, że denat to ich pasterz. Niestety już były pasterz. Ponieważ mężczyzna był dla owiec dobry (według owczego mniemania) postanowiły dowiedzieć się kto stoi za tą zbrodnią. Czyżby kolejna historyjka dla dzieci? Na pewno nie. Wprawdzie opowieść wydaje się prosta (i w pewnym sensie taka jest), ale problemy z jakimi borykają się zwierzęcy bohaterowie wcale nie są takie proste (z ich punktu widzenia). Śledztwo jest przedziwne. Myślenie zwierząt biegnie zupełnie innymi torami. Kierują się błędnymi przesłankami, podążają fałszywymi tropami, ale ostatecznie rozwiązują zagadkę. I to w nietypowy i zaskakujący (nie tylko jak na owce) sposób. Nie będę nic więcej zdradzał.

Znajdą się oczywiście czytelnicy, którym antropomorfizacja owiec, jaką raczy nas autorka, nie przypadnie do gustu. Moim zadaniem przeważająca część zachowań zwierząt jednak nie narusza ich zwierzęcej istoty. Owce to nadal owce (np. nie rozmawiają tylko meczą). Ich myśli nie skupiają się wokół ludzkich spraw. Ba, niektóre wydarzenia są zupełnie dla nich niezrozumiałe (nie mówiąc o ludzkich zachowaniach), co powoduje, że opowiedziana historia... nie jest pozbawiona dozy prawdopodobieństwa. Przemyślenia bohaterów (ich pragnienia, obawy, lęki, itp.) są zaś w pewnym stopniu filozoficzne i często humorystyczne z naszego ludzkiego punktu widzenia. Szczególnie koncepcja duszy, i dlaczego ludzie mają ją bardzo małą lub wcale, potrafi wryć się w pamięć. Moim zdaniem książka Sprawiedliwość owiec to świetna inteligentna rozrywka. Na pewno nie dla każdego.

Nie ukrywam, że zachowania owczych bohaterów i bohaterek często uruchamiały w mej głowie skojarzenia z serialem (nie tylko dla dzieci) Baranek Shaun. Tematyka oczywiście odmienna, ale wędrówki w poszukiwaniu rozwiązania, śledzenie podejrzanych, podsłuchiwanie, zaglądanie przez okna, przedstawienie teatralne, itp. samoistnie kierują myśli ku temu filmowi (o ile dany czytelnik zna ten plastelinkowy serial).



Grzegorz Cezary Skwarliński ©

Leonie Swann
Sprawiedliwość owiec
Amber Wydawnictwo 2006
str.264
oprawa twarda