środa, 6 lutego 2013

Sui Generis Umbra „Coma”


Sui Generis (łac.) - zjawisko odmienne od wszystkiego. Na to określenie trafiłem wiele lat temu przy okazji elektronicznej twórczości Rafała Szabana. Ostatnio podczas przeglądania ofert wyprzedaży w księgarniach napotkałem Sui Generis Umbra. Prawie to samo. Prawie czyni jednak wielką różnicę.


Sui Generis Umbra to zespół z Zielonej Góry. Grupa powstała w 1998. Początkowo nosiła nazwę Umbra. Działalność zespołu została zainicjowana przez wokalistkę ukrywającą się pod pseudonimem „eLL”. Do współpracy zaprosiła Macieja Niedzielskiego (Artrosis) instrumentalistę-klawiszowca. Nazwę Sui Generis Umbra duet przyjął po wydaniu pierwszej płyty Ater (1999). Według słów „eLL” SGU to forma energii. Członkowie zespołu są jedynie duszami, które starają się nadać tejże energii formę słyszalną. „eLL” jest postacią nieszablonową. Twierdzi, że jest na wpół czarownicą, na wpół kobietą, a wypowiedziane przy różnych okazjach zdania - takie jak np. Naprawdę wierzę, że kiedy komponuję i wykonuję moją muzykę odprawiam rytuały czarnej magii." 1 - wiele mówią o jej postawie artystycznej. Aktualnie brak doniesień o działalności grupy. Trudno więc stwierdzić: czy działa dalej, czy się rozpadła.

Płyta Coma to druga samodzielna produkcja w dorobku duetu. Na krążku zamieszczono 11 utworów. Większość kompozycji może zaskoczyć szczątkową linią melodyczną. Dominują awangardowe, momentami trudne w odbiorze, „połamane” rytmy. Do tego dochodzą recytowane teksty i agresywna dynamika. Nienaturalne zawodzenie, „wycie” i „pomruki” wokalistki oraz efekty elektroniczne zagęszczają atmosferę i tworzą bardzo mroczny klimat. Niejeden twórca horrorów mógłby się uczyć od artystów jak budować napięcie i to bez udziału obrazu. Jak „szarpać” wyobraźnię w taki sposób, aby wprowadzić słuchacza w stan niepokoju (nawet lęku) wymieszany z... fascynacją. Słuchanie w ciemności może przyprawić o dreszcze. Co bardziej wrażliwym słuchaczom odradzam jednak takie eksperymentowanie. Senne koszmary gwarantowane.

Coma nie jest nową płytą (wydanie 2002), ale podejście twórców do muzyki nie straciło nic ze swojej świeżości. Całość utrzymana w stylu dark ambient (wlaściwie black ritual ambient). Jest to jednak dark-ambient o rodowodzie rockowym (gothic-metalowym), a nie elektronicznym (eksperymentalnym), mimo to nie pozbawiony interesujących elementów bliższych muzyce elektronicznej niż gotykowi. Nie ukrywam, że taka mieszanka jest dość trudna w odbiorze. Mimo to przynosi zaskakujące wrażenia.

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2013
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

1 źródło: http://www.metalmind.com.pl/index.php?dzial=artysci&id=50


Sui Generis Umbra
Coma
Metal Mind Production (MMP CD 0193 DG), 2002

piątek, 1 lutego 2013

['ramp] „Steel and Steam”



Grupa RAMP została założona w 1996. Tworzyli ją: Lambert Ringlage, Stephen Parsick i Frank Makowski. Ringlage opuścił projekt jeszcze w tym samym roku (po wydaniu płyty Nodular). Skłoniło to pozostałych muzyków do zmiany nazwy zespołu na ['ramp]. Duet Parsick/Makowski przez następne lata odważnie eksperymentował na polu elektronicznej muzyki analogowej (sekwencyjnej). Swój styl nazywali nieco żartobliwie - doombient. Różnice artystyczne w podejściu do twórczości spowodowały jednak, że w 2008 duet się rozpadł. Od tamtej pory Stephen tworzy sam pod swoim nazwiskiem, a do projektu ['ramp] zaprasza innych muzyków.
 
Płyta Steel and Steam powstała przy współudziale Marka Shreeve'a (znanego m.in. z Redshift). Krążek składa się z dwóch części. Kompozycje 1-5 powstały w studiu Stephena w 2010 w Bielefeld (Niemcy), a tytułowa mini suita oraz utwór Puppetsw studiu Marka w 2011 w Londynie. Mimo to brzmienie jest zaskakująco spójne. Słychać, że nie jest to przypadkowe połączenie.
Przy sięganiu po tę pozycję skojarzenie miałem jednoznaczne. Powinno być ostro, dynamicznie, i... mechanistycznie (stal i para). Nie pomyliłem się. Otwiera świetny, warkoczący Zeppelin (Parsick „odkurzył” w nim swój syntezator analogowy Yamaha CS-80, podobnie jest w utworze [led]). Kompozycja nie pozostawia wątpliwości, jakie klimaty napotkamy dalej. Następujący po niej Node „kopie” jeszcze głębiej w analogowym gąszczu. Industrialny w swym wyrazie Solenoid przyniesie wątpliwe uspokojenie, a Puppets zaskoczy zmianą klimatów na bardziej ambientalne. Słychać tu już wyraźnie wkład Shreeve'a. To jednak tylko małe wytchnienie przed finałem w postaci Steel and Steam. To, co Mark wyciska ze swojego syntezatora, budzi podziw. Zaczyna się spokojnie, wręcz melancholijnie. Na mięsiste basy Mooga 3C nie czekamy jednak długo. Głębokie barwy są doprowadzone do maksimum niemal rozsadzając głośniki. Konstrukcja kompozycji i faktura brzmień przywołuje na myśl mroczny przemysłowy świat, a w szczególności ciężką pracę wielkich parowozów (np. Big Boy, Challenger). Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że „koszmar” szalonego maszynisty zmaterializował się. Mimo tak sugestywnej ilustracji muzycznej artyści nie używają sampli. Wszystkie efekty są wygenerowane przez syntezatory analogowe. Dźwięki nie są dosłowne, zbliżają tylko do tych występujących w rzeczywistości. Pole dla wyobraźni szerokie, ale chyba o to chodzi.
 
Powszechnie uważa się, że analogowa (klasyczna) muzyka elektroniczna to relikt przeszłości (szczególnie przy użyciu instrumentów z epoki). Że nie można stworzyć już niczego nowego. Wymienieni artyści niejednokrotnie, poprzez swoją twórczość, przeczyli temu twierdzeniu. Opisywana płyta jest dobrym przykładem.
 
Niestety, muzyka elektroniczna w swej analogowej odmianie staje się coraz bardziej elitarna. Wzrosła ilość płyt wydawanych w limitowanych seriach. Mimo że Polska jest w Europie, dostęp do wydawnictw jest mocno ograniczony. Płyta Steel and Steam nie jest tu wyjątkiem, 300 szt. mówi samo są siebie. Trochę szkoda.
 

Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

['ramp]
Steel and Steam
ramp007
Doombient.Music 2011

niedziela, 27 stycznia 2013

Terry Eagleton „Koniec teorii”


Człowiek to istota społeczna. Eagleton uświadamia czytelnikom, że nie tylko. To przede wszystkim istota polityczna. 


Koniec teorii, intrygujący tytuł. Tylko o jaką teorię chodzi? Eagleton próbuje przybliżyć czytelnikom problematykę, która wywołuje emocje w dość wąskim gronie specjalistów. Na kanwie dyskusji o teorii kultury (czy nastąpił koniec tej teorii, czy też nie), jaka toczy się w światowych kręgach intelektualnych, autor przedstawia swój kontrowersyjny punkt widzenia. Choć esej z założenia ma traktować o teorii kultury, tematyka jaką porusza jest o wiele szersza. Eagleton nie zajmuje się tylko i wyłącznie wspomnianą teorią (i jacy powinni być teoretycy kultury), ale też przedstawia czym kierują się postmoderniści, konserwatyści, liberałowie, itp. w „tłumaczeniu” otoczenia. Jak postrzegają świat i czy ich wyobrażenie przypadkiem nie jest ograniczone, a być może nawet błędne.
 
Swoją argumentację rozwija poprzez rozprawianie się ze skrótami myślowymi, jakimi jesteśmy karmieni przez wszelkiego rodzaju władze. Eagleton pisze między innymi o manipulacji dotykającej nas wszystkich - odpowiednio podane informacje mają zamykać dyskusję na dany temat zanim ta w ogóle się rozpocznie (np. terroryści islamscy są „be” i basta, a już nie wspomina się dlaczego posunęli się do aktów przemocy, co ich skłania do takich działań, dlaczego nienawidzą świat zachodni, a w szczególności USA).
Dochodzą do tego obszerne dygresje m.in. na temat myśli arystotelejskiej czy też socjalizmu - zdaniem Lenina przyczyny wybuchu niektórych rewolucji prowadzą często do ich ostatecznej klęski (między innymi dlatego nie udało się zbudować socjalizmu w warunkach gospodarczego niedorozwoju). Poboczne tematy z pozoru nie mają nic wspólnego z myślą przewodnią książki. Tylko z pozoru. Wszystko jednak „kręci się” wokół kultury (odmienności kultur). W tym „tyglu” jest osadzony ludzki byt. Większość z nas wie (choć nie dopuszcza tej myśli do świadomości), że człowiek to zwierzę, zwierzę społeczne, ale i polityczne (oprócz podstawowych potrzeb „zwierzęcych” ma też potrzeby, których zwierzęta nie mają). Jednakże zdefiniowanie własnego „ja” bez udziału innych członków społeczeństwa jest niemożliwe. Uwięzieni w języku (nikt by nas nie zrozumiał, gdybyśmy wymyślili swój własny) i w ograniczonych zmysłach posiadamy ułomne postrzeganie. Skoro sami z siebie nie zdefiniujemy swojego „ja”, także nie zdefiniujemy kultury bez uczestnictwa w niej.
 
Lubię książki opisujące rzeczywistość z innych punktów widzenia niż te „poprawne”. Lektura takich pozycji często okazuje się trudna ze względu na nagromadzenie specjalistycznych, naukowych określeń. Koniec teorii należy do tej grupy. Być może ponowna lektura stanie się niezbędna. Posłowie tłumacza pozwala lepiej zrozumieć niektóre wywody autora. Przebrnięcie przez esej może jednak okazać się satysfakcjonujące, nie mówiąc o zmianie poglądów na to co nas otacza. 
 
Mimo swego rodzaju elitarności Koniec teorii to książka nie tylko dla zainteresowanych kulturą/kulturami i wzajemnymi powiązaniami między nimi. To także pozycja dla kogoś, kto chce się rozwijać i kształtować swoje własne niezależne myślenie budując odporność na coraz bardziej nachalną mainstream'ową papkę informacyjną. Dla studentów kulturoznawstwa powinna to być moim zdaniem pozycja obowiązkowa.
 
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

Terry Eagleton
Koniec teorii
Seria Idee, t. 31, str. 240
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Warszawa 2012

sobota, 26 stycznia 2013

Steve Berry „Tajemnica grobowca”


Steve Berry to amerykański pisarz, były prawnik. Jest autorem thrillerów sensacyjnych opartych na faktach historycznych, w które umiejętnie wplata fikcję literacką. 


Książki sensacyjne nie wzbudzają we mnie szczególnego zainteresowania. Być może moja obojętność powstała kilkadziesiąt lat temu, kiedy rozczarowałem się twórczością Iana Fleminga (seria o agencie 007). Od tamtej pory podświadomość podpowiada „nie warto”. Nadeszła jednak pora na „przełamanie”.

Tajemnicę grobowca dostałem w prezencie, a na lekturę zdecydowałem się z… nudów. Ku mojemu zaskoczeniu wessało mnie w świat, jaki jest kreowany przez Berrego. Zaczyna się dość niewinnie. Były agent Cotton Malone, chcąc rozwikłać zagadkę zaginięcia swojego ojca, prowadzi prywatne śledztwo. Dociera (poprzez swoje konotacje) do tajnego raportu o misji okrętu, na którym służył jego rodzic. Tym samym uruchamia ciąg niespodziewanych wydarzeń, w których oprócz niego bierze udział wiele stron. Wywiad marynarki wojennej USA, Departament Sprawiedliwości USA, dość tajemniczy płatny morderca, niemiecka rodzina o nazistowskiej przeszłości to tylko niektórzy z wielu rozgrywających. Niebagatelną rolę odgrywa też tytułowy grobowiec Karola Wielkiego i wydarzenia związane z działalnością tej postaci historycznej.

Światy polityki, tajnych operacji, agentów, historycznych tajemnic, dziwnych zagadek, tajemnych stowarzyszeń wrzucone do jednego tygla i umiejętnie wymieszane. Autor nie pozwala czytelnikowi na chwilę wytchnienia. Nagłe i niespodziewane zwroty wartkiej akcji. Trup ściele się gęsto. Rozwiązanie jednej tajemnicy otwiera kolejną zagadkę, przybliżając powoli bohaterów do celu.

Książka Berry'ego to nie tylko trzymający w napięciu thriller historyczny, ale też kalejdoskop charakterów ludzkich. Bohaterowie dojrzali (większość po czterdziestce), nie pozbawieni wad, uparci, ambitni, emocjonalni, wyrachowani, bezkompromisowi, ale też uczuciowi (choć często ukrywają to pod różnymi maskami). Trzeba przyznać, że powieść wciąga, daje rozrywkę i... nie pozostawia niedomówień. Takie czytadło, wręcz bujda. Bujda jednak, którą czyta się od deski do deski mimo sporej objętości. Jak znalazł na długie zimowe wieczory.

Na końcu powieści czytelnik napotka ciekawe wyjaśnienie, co z opisanych w książce elementów jest prawdą, a co fikcją literacką (cecha charakterystyczna pisarza).

 
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2012
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)

Steve Berry
Tajemnica grobowca
str. 576
Wydanie II
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2012

e-book do nabycia w księgarni Koobe

wtorek, 8 stycznia 2013

Carbon Based Lifeform „[Interloper]”

Acid ambient, cóż to takiego? O twórczości zespołu Carbon Based Lifeforms.


Facebook ma tyluż zwolenników co przeciwników. Są osoby nie wyobrażające sobie życia bez tego medium, są też takie, które zastrzegają się, że nie mają tam konta. Mimo tak diametralnie różnych postaw FB jest jednak źródłem często ciekawych informacji. Właśnie dzięki temu portalowi trafiłem na twórczość Carbon Based Lifeforms i intrygujący termin... „acid ambient”. Ta nieco dziwna (jak dla mnie) zbitka słowna zmobilizowała mnie do bliższego zaznajomienia się z twórczością CBL. Oto co z tego wynikło.
 
Zespół pochodzi ze Szwecji, tworzy go dwóch muzyków. Działalność artystyczną rozpoczęli w 1996 jako projekt poboczny do grupy Notch. W miarę upływu czasu CBL stał się głównym celem i pod tym szyldem ujawnił się w 1998. Pierwszą płytę Hydroponic Garden wydali jednak dopiero w 2003. Interloper jest trzecim krążkiem spod szyldu CBL. Ujrzał światło dzienne w 2010.
 
Na płytce zamieszczono 10 kompozycji. Pierwsze zaskoczenie to numeracja utworów. Nie rozpoczyna się od pozycji nr 1. Okazuje się, że płyta jest swego rodzaju kontynuacją dwóch poprzednich krążków. Właściwe więc wydaje się słuchanie od Hydroponic Garden i poprzez World Of Sleepers (2006) dojść do Interloper. Drugie zaskoczenie? Trzeba przyznać, że Interloper jest mało ambientalny. Sam fakt komponowania muzyki w wolnym tempie nie oznacza, że to ambient. Poza tym utwory zamieszczone na płytce momentami nie są wcale takie stonowane i spokojne. Można się nawet nieco pokołysać. Mimo wszystko kompozycje są miłe dla ucha. Rytmiczność nie jest natrętna, a melodyka w sumie uspokajająca. Nie jest to jednak ambient. Moim zdaniem bardziej to psybient czy też downtempo.
 
W tym miejscu można by już zakończyć, ale nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Jakie pochodzenie ma termin „acid” występujący w publikacjach na temat CBL? Jednym z instrumentów wykorzystywanych (dość intensywnie) przez artystów jest automat Roland TB 303. To niemal już kultowe urządzenie o charakterystycznym mechaniczno - „kwaśnym” brzmieniu było (i jest) znane z takich gatunków jak acid-house, techno i pochodnych. Kojarzy się... z muzyką klubową.
 
Twórczość Carbon Based Lifeforms wypływa więc bardziej ze wspomnianych gatunków niż ambientu stricte. Czy to ma jednak jakieś większe znaczenie, skoro muzyka spełnia swoje relaksujące zadanie? Nie sądzę. Termin „acid ambient” pomińmy jednak milczeniem, bo tu nie pasuje (chill-out jest bardziej na miejscu).
 
Grzegorz Cezary Skwarliński © 2013
(artykuł pochodzi z portalu Wywrota.pl)
 
Carbon Based Lifeforms
Interloper
Ultimate Records inre041, 2010